Wspomnienia

"Wspomnienia zebrane"
Igor Barna

Do Świętajna jeździłem na obozy dziecięce organizowane przez Braterstwo Bednarczyków, jak i później przez kontynuatorów ich dzieła. Wieś położona wśród lasów i jezior wspaniale nadaje się na odpoczynek zarówno dla dzieci jak i dorosłych. Wiele wspomnień łączy sie z tym miejscem.
Pragnę podzielić się kilkoma wspomnieniami, które do dziś budzą we mnie serdeczne uczucia.
Jednego roku poproszono mnie bym wziął udział w dziecięcym obozie w charakterze duszpasterza. Ponieważ do opieki nad dziećmi zaproszono wychowawców, moim głównym zadaniem były poranne spotkania przy Biblii z wychowawcami, a wieczorem odcinkowe opowiadanie dzieciom ciekawych książek. W ciągu dnia miałem dużo wolnego czasu, więc mogłem go wykorzystać według swego uznania. Ponieważ wokół są lasy obfitujące w grzyby mogłem wybrać sie do lasu, co też czasem czyniłem, ale moim głównym zajęciem podczas tych spacerów nie było zbieranie grzybów, chociaż bardzo lubię chodzić po lesie za grzybami. W tym czasie dla osobistego duchowego pożytku przerabiałem książkę "Doświadczanie Bożego działania". Jeden z rozdziałów poświęcony jest tematowi "Chodzenie na spacer z Panem". Autor zachęcał do wychodzenia na łono przyrody, by spędzić czas z Panem Jezusem. Pamiętam, jak pewnego słonecznego przedpołudnia, dzieci poszły z wychowawcami nad jezioro, ja zaś wybrałem się na polne ścieżki na spacer z Panem. W powietrzu przesyconym zapachem polnych kwiatów ciszę mąciły tylko trele skowronka. Dusza sama niejako wyrywała się do społeczności z Panem. To był cudowny spacer z Panem! Od tego czasu minęło już wiele lat, ale ja wciąż wyrywam się z domu gdzieś na pola żeby mieć "randkę" z Panem. Tylko w Gdańsku nie łatwo znaleźć takie samotne miejsce, gdzie można by bez przeszkód rozmawiać z Panem. Od trzech lat jestem w Świnoujściu i tutaj znowu mam możliwość chodzić na samotne spacery z Panem.
Jeśli chcesz zakosztować takich spacerów, koniecznie wybierz się do Świętajna. Myślę, że miejsce to wiosną, i jesienią, może być jeszcze atrakcyjniejsze niż latem, bo będziesz miał okazję nie tylko spotykać się z Panem, ale podpatrywać bogactwo wielorakiego życia przyrody budzącej się do życia lub układającej się na zimowy spoczynek.

Wspomnienie sprzed trzydziestu pięciu lat.
Było to około roku 1970. W Świętajnie z inicjatywy Braterstwa Ludmiły i Krzysztofa Bednarczyków zorganizowano obóz dla dzieci. W obozie tym uczestniczyły też ich dzieci. Ich młodsza córeczka uległa wypadkowi i zaszła konieczność założenia na nogę gipsu. Dziewczynki zakwaterowane były na strychu i w pokojach na piętrze, chłopcy w specjalnie "zbudowanych" boksach w dawnej kaplicy. Nie było jeszcze "kampingów" zaadoptowanych z dawnej wiaty przeznaczonej dla koni.
Pewnego dnia, a ściślej wieczoru na dworze rozpętała się burza z wyładowaniami atmosferycznymi. Ponieważ była już późna godzina, wszyscy byliśmy już w swoich "sypialniach". W pewnej chwili nastąpił błysk, rozległ się potężny grom i zgasło światło, a na strychu, tam gdzie była m.in. owa dziewczynka z gipsem, dzieci i wychowawczyni ujrzały (tak twierdziły) kulę ognia. Wywołało to takie przerażenie, że w kilka sekund cała grupa zbiegła aż na parter. Wśród nich była też ta dziewczynka z gipsem, która chodziła na kulach i miała wielkie trudności w schodzeniu po schodach. Zwykle ktoś ją znosił po schodach . Na pytanie w jaki sposób znalazła się na dole nie umiała odpowiedzieć. Kiedy po chwili znaleźliśmy się na strychu wraz z kierownikiem obozu - br. Krzysztofem B. stwierdziliśmy, że nic się tam nie dzieje, nie ma żadnego ognia, chociaż w kącie leżała wiązka słomy, która zapewne została tam umieszczona jako "materac" do spania. Do dziś uważam, że to była wyraźna Boża opatrzność.

Inne wspomnienie.
Na początku lat osiemdziesiątych byliśmy w Świętajnie na obozie dla dzieci. Lekarzem obozowym był człowiek głębokiej wiary i bogatych doświadczeń zarówno z czasów wojennych, jak i po wojennych wyjazdów w celach medycznych do Libii. Każdego dnia oprócz wycieczek nad jezioro lub do lasu był czas przeznaczony na lekcję biblijną oraz tak zwany czas społeczności wieczornej. Podczas tych społeczności dzieci przedstawiały różne scenki biblijne, śpiewały pieśni, uczestniczyły w konkursach i uczyły się nowych piosenek chrześcijańskich oraz słuchały opowiadań. Moją "specjalnością" było opowiadanie książek (odcinkami). Dzieci bardzo to lubiły i często nadawały mi przydomek odpowiedni do opowiadanej książki np. "wujek Filina", bohater opowiadania "Trzej przyjaciele".
Doktor specjalizował się w opowiadaniu o zwyczajach i kulturze arabów libijskich, ale zawsze w tym opowiadaniu był element wychowawczy lub umacniający wiarę w Chrystusa. Jego opowieści też miały charakter cykliczny i dzieci z niecierpliwością oczekiwały na kolejny odcinek opowieści. Oczywiście, nie muszę dodawać, że P. doktor bardzo troszczył się o zdrowie dzieci a zwłaszcza, żeby dzieci nie były zbyt długo wystawione na działanie słońca lub inne szkodliwe wpływy atmosferyczne.
Warunki na naszych obozach były zawsze dosyć skromne, żeby nie powiedzieć spartańskie, ale rodzinna atmosfera i serdeczna troska personelu sowicie to wynagradzały. Przypominam sobie taki fakt. Jednego roku przyjechała do nas trójka dzieci innego z lekarzy wraz ze swoją mamą i choć warunki były bardzo skromne: posiłki jedliśmy pod namiotem, uszytym przez kierownika obozu (br. K. Bednarczyka), a myliśmy się w zimnej wodzie, to na zakończenie obozu, dzieci tej doktór stwierdziły, że tutaj było tak wspaniale, że juz więcej nie chcemy jeździć na żadne wczasy, tylko na chrześcijańskie obozy i rzeczywiście przez kolejnych kilka lat jeździły z nami zarówno do Świętajna jak i w góry.

Wspominam też jeszcze jedno wydarzenie.
Jednego roku będąc w Świętajnie poszliśmy całą grupą chłopców nad jezioro kąpać się. Dzień nie był zbyt upalny, ale dzieci bardzo lubiły chodzić nad wodę, więc poszliśmy kilka kilometrów przez piękne mazurskie lasy nad jezioro. Do wody wchodziliśmy grupami, żeby mieć większą kontrolę nad dziećmi i zapewnić im większe bezpieczeństwo. Ja miałem grupę nastolatków, którzy bardzo lubili wzajemnie robić sobie psikusy. Ponieważ nie umiałem ratować tonącego, powiedziałem kierownikowi, że nie pozwolę wejść chłopcom do wody, jeśli on nie będzie przy mnie, żeby ubezpieczać ich. Br. Krzysztof chętnie się zgodził, więc stanęliśmy obaj na brzegu wody i pozwoliliśmy chłopcom kąpać się. Chłopcy wpadli do wody i zaczęli baraszkować. W pewnym momencie br. Krzysztof nagle gwałtownie zrzucił sweter, który miał na ramionach i dał szusa do wody. Po chwili wyprowadził na brzeg jednego z chłopców - Daniela B. Daniel wyszedł na brzeg, położył się i bardzo zbladł, wręcz posiniał. Zdziwiony zapytałem Krzysztofa, co się stało. Ja cały czas patrzyłem na nich i nic nie zauważyłem poza baraszkowaniem. Wówczas Krzysztof powiedział mi, że zauważył, ze jeden z chłopców zaczął mocno ochlapywać tego Daniela, a on cofał sie w głąb jeziora i w pewnym momencie stracił grunt, zachłysnął się i to wystarczyło, że wpadł w panikę, co mogło się zakończyć tragicznie. Ja jako dwudziestokilkuletni człowiek, nie zdawałem sobie sprawy z groźnej sytuacji, ale on mający ponad czterdziestoletnie doświadczenie życiowe, dostrzegł zagrożenie i natychmiast zareagował. Jakże byłem wdzięczny, że Pan postawił wtedy koło mnie odpowiedniego "anioła", żeby zadbać o bezpieczeństwo dzieci.

Jakże wdzięczny jestem Panu, że dał mi przywilej bywania z dziećmi i młodzieżą w Świętajnie. Chcesz mieć bogate wspomnienia i przeżycia, to koniecznie wybierz się do Świętajna. Chociaż nie jest to Hotel pięciogwiazdkowy, to jednak warunki teraźniejsze są nieporównanie lepsze niż kiedyś. Chcesz by Twoje dzieci miały piękne wspomnienia z dzieciństwa, to koniecznie wyślij je do Świętajna i módl się, by Pan nadal błogosławił to miejsce i ludzi, którzy tam służą i którzy tam przyjeżdżają na wypoczynek.